Gilderoy Lockhart leżał w łóżku, obudzony zwykłym gwarem Edynburga. Przez okno wpadały promienie porannego słońca. Chłopiec naciągnął kołdrę na głowę i przez chwilę próbował ponownie zasnąć - nie ma sensu wstawać tak wcześnie.
Zza ściany dochodziły jednak odgłosy jakiejś awantury. Pewnie babcia i dziadek znów się o coś kłócą, a Elizabeth i Constantine Rookwood potrafili się kłócić dosłownie o wszystko. Gilderoy leżał, czekając, aż do akcji wkroczy jego matka i w końcu uspokoi swoich rodziców. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Chłopiec zaczął się więc przysłuchiwać ów wymianie zdań. Ku jego zdumieniu dotarło do niego, że jedyny podniesiony głos, który słyszy, to głos męski (a zwykle to babcia się wydzierała). Co więcej nie przypominał on dziadka, raczej ton jego ojca. Ale co u licha ojciec robiłby tutaj, w ich mieszaniu?
Państwo Lockhartowie rozwiedli się, gdy ich syn miał niecałe osiem lat. Ojciec natychmiast po rozwodzie ożenił się ponownie i sprezentował Gilderoyowi brata. Niedługo potem rozwiódł się po raz drugi i chciał wrócić do swojej pierwszej żony, ale Viola Lockhart, świetna czarownica i solistka Magicznej Opery w Edynburgu, wyśmiała go i kazała mu "pójść do wszystkich diabłów".
Teraz rodzice już się nie spotykali. Gdy ojciec miał przyjść po Gilderoya, matka zawsze wychodziła z domu, zostawiając go z babcią lub dziadkiem. Także dla ojca zdecydowanie było to bezpieczniejsze rozwiązanie, bo jak twierdził, Viola Lockhart potrafiła być "ostra" (cokolwiek to znaczyło), a ponadto, jak chłopiec dobrze wiedział, do dzisiaj nie wybaczyła swojemu byłemu mężowi, że zostawił ją dla jakiejś tam aktorki.
Chłopiec bardzo chciał wyjść z pokoju, żeby upewnić się, że to jego ojciec przyjechał. Nie widział się z nim od Bożego Narodzenia, kiedy to Gilderoy Lockhart (po którym jedenastolatek otrzymał imię), wpadł na chwilę, żeby osobiście wręczyć mu prezent. I choć lokowany blondynek nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą, strasznie za nim tęsknił. Bał się jednak tego, co może usłyszeć. Doskonale pamiętał noc, której jego ojciec odszedł z domu na zawsze.
Było to dokładnie cztery i pół roku temu. Rodzice wrócili akurat z jakiejś premiery. Teraz nie pamiętał już, czy była to premiera spektaklu wyreżyserowanego przez jego ojca, czy opery, w której grała jego mama. Wrócili eleganccy, pachnący perfumami... Mama nie zdążyła jeszcze zdjąć długich, czarnych rękawiczek, gdy ojciec oznajmił jej to, co zmieniło ich życie na zawsze.
Gilderoy, który chciał przywitać się z rodzicami i przytulić do nich na dobranoc, stanął jak wryty w drzwiach do salonu. W za dużej niebiesko-białej piżamie w paski. Viola Lockhart wolno podeszła do fotela, nalała sobie czegoś do kieliszka, usiadła, spojrzała na męża i powiedziała spokojnie:
- Więc dopiero teraz mówisz mi, że mnie nie chcesz i że mnie rzucisz? Nie dało się przed premierą?
- To nie tak - odparł szybko ojciec. - Po prostu...
- Że... Jak ty to ładnie ująłeś? "Że dziś się wreszcie zbudzisz z mojej mocy, takiej złej..." . Gilderoy, nie rozśmieszaj mnie! - Tutaj Viola Lockhart wybuchnęła śmiechem i podeszła do męża. - Powiedz. Nie pragniesz moich namiętnych ust? Moich oczu, tak, złych, ale pięknych? A ramion owiniętych wokół twojej szyi?
- Viola, błagam... - wyjąkał ojciec.
Matka go odepchnęła. Tak mocno, że wylądował w drugim fotelu.
- Okrutne są twoje słowa! - niemal krzyknęła, ale natychmiast odzyskała panowanie nad sobą. - Ale ja wiem, to przez to, iż obawiasz się, że nie dam ci odejść. Nie licz na to. Wiesz dobrze, jaka jest we mnie siła... Że tylko mnie będziesz kochał dzisiaj, jutro i do końca życia.
- Viola, prawda, spowiłaś mnie jakąś niesłychaną siłą, ale... - Wcześniej ojciec mówił bardzo szybko i w tym momencie się zawahał.- Ale Daniela... Daniela jest w ciąży... Ze mną...
Przez twarz matki przemknął grymas wściekłości wymieszany z bólem. Jakby coś rozdzierało ją od środka. Szybko zaczęła ściągać rękawiczki.
- Wynoś się - powiedziała w końcu. - Ale wrócisz, zobaczysz... Wrócisz. Nie zatrzymam cię... Sam musisz do mnie zatęsknić.
Zaczęła okładać ojca rękawiczkami, ostatecznie tracąc panowanie nad sobą:
- W każdej rozterce będziesz pragnąć, rozumiesz, pragnąć tylko mnie! - krzyczała. - Przecież żyć już beze mnie nie umiesz. Zobaczysz, będziesz wzywał mnie nawet we śnie!
Gilderoy w końcu podbiegł do mamy, złapał ją za rękę i się do niej przytulił:
- Mamusiu...
Rękawiczki opadły i matka go objęła, ale ponad ramieniem syna warknęła do męża:
- Zabieraj swoje rzeczy i wynoś się. Nigdy więcej nie chcę cię tutaj widzieć.
Trzy godziny później pan Lockhart stał w drzwiach ze spakowanymi walizkami:
- Viola, błagam cię...
Matka znów była opanowana. Na rękach trzymała zapłakanego, zasypiającego ze zmęczenia Gilderoya:
- Wrócisz do mnie. Jesteś dla mnie i żadna Dahlia, Dagmar czy...
- Daniela, ona ma na imię Daniela - podpowiedział miękko ojciec.
- Nie ważne - skwitowała mama. - Jak tylko stąd wyjdziesz, zatęsknisz za mną. I będziesz się tak długo męczył, aż znów się do mnie nie przyczołgasz. A ja nie jestem pewna, czy cię przyjmę z powrotem. Wrócisz.
Z tymi słowami matka zatrzasnęła ojcu drzwi przed nosem.
Trzy miesiące później było jeszcze gorzej. Był początek marca i przyjechali z mamą i z babcią do Londynu. Rodzice mieli sprawę rozwodową w Ministerstwie Magii. Gilderoy czekał z babcią przed wejściem dla interesantów. Mama obiecała zabrać go później na deser do kawiarni państwa Fortescue na ulicy Pokątnej, którą bardzo lubił.
Rodzice wyszli równocześnie. Pomimo, iż jechali razem w windzie, najwyraźniej nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Może to i dobrze, bo mama mogłaby zrobić krzywdę ojcu, gdyby ten miał czelność się do niej odezwać. Wciąż była na niego wściekła.
Po wyjściu poszli w różne strony, ale ojciec w ostatniej chwili się wrócił:
- Viola... - zaczął. - Naprawdę nie chciałem cię... No, nie chciałem, żeby tak wyszło...
Matka zmierzyła go ostrym spojrzeniem i odwróciła się od niego. Ten jednak złapał ją za rękę:
- Błagam, po prostu Daniela...
- Idź!, żeń się z nią! Jesteś wolny! - wrzasnęła matka, wyrywając się mu. - I idź, proszę cię bardzo, prosto od ołtarza na złamanie karku.
Pociągnęła syna w drugą stronę i już nawet nie spojrzała na byłego męża.
Ojciec pomachał Gilderoyowi na pożegnanie i odszedł. Babcia położyła mamie rękę na ramieniu:
- Viola, gdybyś potrzebowała...
- Daj mi spokój - warknęła matka, a z jej oczu popłynęły łzy. - Ja... radzę... sobie... sama. I nie potrzebuję niczyjej pomocy. I nie płaczę z żalu. Płaczę z wściekłości.
I rzeczywiście. Od tego czasu sprawiała wrażenie, jakby niewiele ją to obeszło. A teraz prawdopodobnie znów rodzice byli razem w salonie.
Ciekawość wzięła w Gilderoy'u górę. Założył puchate papucie i wyszedł na korytarz, a nim ruszył prosto do salonu.
Matka stała oparta o okno w aneksie kuchennym, elegancko ubrana, z idealnie uczesanymi brązowymi włosami i perfekcyjnie wykonanym makijażem. Bawiła się trzymaną w ręku szklanką jakiegoś pomarańczowego soku, ze stoickim spokojem słuchając tego, co miał jej do powiedzenia były mąż.
Ojciec chodził po pokoju w te i z powrotem, energicznie gestykulując. Jak zawsze wyglądał jakby spał pod mostem, ale nawet tutaj czuć było zapach jego wody kolońskiej (mieszający się z wonią kwiatowych perfum mamy). Jasne włosy były rozczochrane, a poszczególne części garderoby niespecjalnie do siebie pasowały. Buty i skarpetki miał jednak z tej samej pary, więc nie ubierał się po ciemku.
- Chcesz mnie wykończyć tym milczeniem?! - zapytał w końcu. - Unikasz mnie, nie dajesz znaku życia, nie odpowiadasz na moje sowy...
- Po pierwsze wcale nie chcę cię wykończyć - nie wytrzymała mama. - A po drugie, jeśli cię unikam, to tylko dlatego, że nie chcę cię ranić. Wałkujemy ten temat od godziny. Mam dosyć. I tak nic nie osiągniesz. Ja... żyję... sama.
- Już samo twoje spojrzenie mnie zabija... - warknął ojciec, stając w miejscu.
- Czyli teraz twierdzisz, że w moich oczach kryje się mord - zaśmiała się matka. - To śliczne... Pewna... A wiesz, nawet prawdopodobne. Ale sam jesteś sobie winien.
- Coś sugerujesz?
- To, że gdyby moje spojrzenie mogło zabijać, już dawno leżałbyś martwy.
- Viola...
- Niestety nie może. Ale proszę bardzo. Zróbmy próbę. A nuż się uda... Wściekam się z całej siły... - Matka odstawiła szklankę na barek, podeszła do ojca bardzo blisko i zaczęła go dotykać po rękach i torsie. - Jeśli moje oczy mogą zranić, niech moje spojrzenie cię zabije... - szepnęła. - Udaj, że mdlejesz... Co, nie dasz rady?... W takim razie upadnij na ziemię... Jeśli nie możesz, to wstydź się. Wstydź się kłamać, że moje oczy to mordercy.
Usta matki znalazły się bardzo blisko ust ojca i Gilderoy już miał nadzieję, że w końcu, po tylu latach szarpaniny, rodzice się pogodzą, ale Viola Lockhart w ułamku sekundy odepchnęła od siebie byłego męża:
- Nie. Jestem pewna, że moje oczy nie są w stanie cię zranić - powiedziała chłodno. - Ale to tak, prawda?
Matka wróciła z powrotem na swoje miejsce, a Gilderoy z miny ojca odczytał, że rzeczywiście dopięła swego. Pan Lockhart przez chwilę się w nią wpatrywał, po czym z wściekłością ruszył w stronę kominka. Zapewne chciał wrócić do domu Siecią Fiuu.
- Tato! - zawołał spanikowany Gilderoy.
Na szczęście ojciec się odwrócił.
- Synu, dlaczego nie śpisz? - zapytał.
- A próbowałeś kiedyś spać w Edynburgu o tej porze? - odpowiedział chłopiec. - A ty już zapomniałeś jak mieszkaliśmy tutaj razem?
- Dajcie znać jak skończycie - oznajmiła matka i wyszła z pokoju.
Gilderoy Lockhart przez chwilę wpatrywał się w korytarz, w którym zniknęła. Dopiero później znów zwrócił się do syna:
- Dostałeś już list z Hogwartu?
- Jeszcze nie - odpowiedział. - Ale niedługo na pewno dostanę. One chyba przychodzą dopiero w wakacje.
Hogwart był Szkołą Magii i Czarodziejstwa. O dołączeniu w szeregi jej uczniów marzyło niemal każde dziecko urodzone w rodzinie czarodziejów, choć oczywiście oznaczało to rozłąkę z rodzicami na kilka dobrych miesięcy.
- Mamę to chyba nie cieszy, co? - zapytał znów ojciec.
- Nie wiem - odpowiedział zgodnie z prawdą Gilderoy. - Może w końcu, jak już wyjadę, będzie miała więcej czasu dla siebie. Normalnie jest albo w operze, albo ze mną.
- Bardzo cię kocha, prawda?
Pytanie ojca wydało się Gilderoyowi trochę nie na miejscu. Przecież to oczywiste. I po co w ogóle pytać? Ojciec chyba wyczytał to z jego twarzy, bo szybko powiedział:
- Wybacz to głupie pytanie. Więc... Mówisz, że mama z nikim się nie spotyka...
- Nie ma na to czasu - przytaknął. - Może gdybyś ty czasami się mną zajął... - zaczął z nadzieją.
- Synu. - Ojciec przed nim przyklęknął. - Dobrze wiesz, że to niemożliwe. Prawie nie ma mnie w domu.
- A jak jesteś, to zajmujesz się Dominikiem - podsumował.
Młodszy brat od dawna był głównym obiektem zazdrości Gilderoya.
- Dobrze, że przynajmniej mama nie ma innych dzieci - dodał i od razu zobaczył, że jego słowa wywarły pożądany efekt: ojciec się zmieszał.
- Przecież dopiero co byliśmy razem na czekoladzie...
- W październiku - mruknął z wyrzutem Gilderoy. - Na moje urodziny.
- Jak ten czas le... - Ojciec urwał i wbił przerażony wzrok w coś ponad ramieniem swojego syna.
Chłopiec natychmiast się odwrócił. Za jego plecami stała mama z bardzo zadowoloną miną.
- Gratuluję - powiedziała kąśliwie do swojego byłego męża.
- Gilderoy... - Ojciec znów na niego spojrzał. - Rozmawiałem już z twoją mamą. W sierpniu do mnie przyjedziesz. Póki co trzymaj się, chłopie.
Pocałował syna, nawet nie patrząc na byłą żonę, podszedł do kominka i zniknął w zielonych płomieniach.
Gilderoy przez chwilę czuł dziwny ucisk w gardle, jakby zaraz miał się rozpłakać. Na szczęście udało mu się powstrzymać. W końcu był już dużym chłopcem, a do tej sytuacji już dawno powinien był się przyzwyczaić.
Nastrój:
tagi: