Powrót

Artyści

sobota, 1.stycznia.2011, 19:23
Rozdział drugi dedykuję Muszkieterce, która zadała sobie trud, żeby dodać komentarz pod poprzednią notką i wróciła mi wiarę w to opowiadanie. Wena przyszła natychmiast. Rozdział może nie jest dziełem sztuki, ale chciałam w nim pokazać środowisko, w którym Gilderoy się wychował oraz pewne zachowania i osoby, które mogły mieć wpływ na jego dorosłe życie. Chciałam również zaznaczyć, że pierwszy rozdział FF-u o Gilderoyu, został napisany po to, aby łatwiej mi było wstawić jego postać do opowiadania o Aurorze Sinistrze, więc tam zapraszam wszystkich, którzy chcieliby spotkać się z Gilderoyem Lockhartem starszym o dwa lata, niż tutaj.
--------------------------------------------------

Cisza w pokoju trwała dłuższą chwilę. Viola Lockhart też potrzebowała paru minut, żeby się uspokoić po tej dość niespodziewanej wizycie. W końcu spojrzała na syna i pogładziła go po włosach:
- Ubierz się, kochanie. Pójdziesz ze mną do opery.
- A dlaczego? - zapytał Gilderoy.
Lubił chodzić z mamą do pracy, ale mama raczej nie chciała go ze sobą zabierać. Twierdziła, że jej syn będzie się tam nudził, a jak się nudził, to zwykle pakował się w kłopoty. Tak więc dzień w dzień zostawał z babcią lub z dziadkiem, ewentualnie z którąś z sąsiadek. Mieszkali w mieszkaniu, w kamienicy należącej do Czarodziejskiej Opery im. Wieszczy Wszechczasów, więc wszyscy tutaj się znali. Viola Lockhart zamrugała.
- A nie chcesz iść ze mną? Muszę być na spotkaniu zespołu artystycznego, a chyba nie mam cię z kim zostawić...
- Oczywiście, że chcę! Gilderoy szybko pobiegł się przebrać do pokoju. - A czym pojedziemy? - zawołał do mamy.
- Pójdziemy piechotą. - Uśmiechnięta Viola Lockhart stanęła w progu. - Więc lepiej załóż coś mugolskiego.
- Ekstra!
Gilderoy uwielbiał przebieranki. A jak inaczej można było nazwać te dziwne ubrania mugoli?
- Tylko się pospiesz, skarbie. Nie mogę się spóźnić, a twój tatuś zabrał mi dzisiaj dość czasu...
Pani Lockhart miała swój powód, żeby zabrać syna ze sobą. Nie chciała, aby myślał o tym, co usłyszał wcześniej. Miała nadzieję, że wizyta w operze odciągnie go od tego.
Majowy poranek był wyjątkowo słoneczny, a w powietrzu wyraźnie wyczuwało się wiosnę. Spacer z mamą ulicami Edynburga też stanowił miłą odmianę. Dobrze, że przynajmniej jedno z rodziców potrafił znaleźć czas dla syna.
- Mamo, a co my właściwie będziemy tam robić? - zapytał chłopiec, gdy bury kot wyskoczył zza śmietnika i przebiegł im drogę.
- Najpierw posłuchamy, co ma nam do powiedzenia dyrektor... Później zapewne ja będę śpiewać. Na początku sierpnia mam z kimś wystąpić w Hodowli Skrzydlatych Koni Blacków w Ascot... Sezon artystyczny się kończy, trzeba zrobić próbę, zanim się wszyscy rozjedziemy. Potem możemy iść do bufetu na coś smacznego.
Z wąskiej brukowanej ulicy otoczonej szarymi, zdobionymi kamienicami skręcili w nisko sklepione przejście, którego, jak młody czarodziej dobrze wiedział, mugolscy przechodnie nie zauważali. Było tak wąskie, że Gilderoy musiał iść przed mamą, bo razem by się nie zmieścili.
- A ta twoja przyjaciółka, Xena-Kirke Lovegood, niby jak tędy przechodzi? - zapytał mamę.
Xena-Kirke Lovegood, inna śpiewaczka, do najszczuplejszych nie należała. Choć, z tego co mówiła, wiecznie się odchudzała i była na diecie.
- Nie bądź nieprzyjemny - skarciła syna Viola Lockhart.
Tymczasem przed nimi zmaterializowała się pluszcząca fontanna, dziedziniec obsadzony różami i budynek opery. Choć Gilderoy znał go dobrze, granatowa cegła i jasnoszare, kwiatowe ornamenty niezmiennie robiły na nim ogromne wrażenie. Podobnie jak wysokie, oprawione w białe ramy okna.
W porannym słońcu obeszli budynek i weszli mniejszymi drzwiami "dla artystów" tuż obok operowego pubu i kawiarenki. Ledwo mama przywitała się z portierem, dopadła ją Emily Sparrow:
- Nie uwierzysz, co się stało! - wykrzyknęła śpiewaczka.
Miała długie, czarne włosy, które dzisiaj wyślizgnęły się spod spinek podtrzymujących kok, i brązowe oczy. Gilderoy zwykle widywał ją u siebie w domu na kanapie, rozpaczającą, że mąż ją zdradza. Dzisiaj jednak na jej policzkach pojawiły się rumieńce wywołane zgoła innymi emocjami niż rozpacz i gorycz.
- Co takiego? - zaśmiała się mama, mile zaskoczona widokiem koleżanki w tak odmiennym nastroju.
- Zgadnij, kto z nas weźmie udział w Koncercie Noworocznym?
Gilderoy wiedział, że Koncert Noworoczny jest jednym z największych wydarzeń kulturalnych w roku artystycznym. A śpiewaczki, rzecz jasna, były gotowe pozabijać się nawzajem, żeby tylko w nim wystąpić.
- Pomyślmy... Herbert Werbeck... Rzecz jasna Xena...
Emily Sparrow uśmiechnęła się szeroko:
- I tak nie zgadniesz. Herbert i owszem, ale poza nim ty i ja...
Mama stanęła jak wryta i szybko odwróciła się w stronę tablicy ogłoszeń, na której podawane były obsady, terminy prób i inne, ważne dla pracowników opery, informacje. Nic nie zdążyła przeczytać, bo z drzwi po prawej wypadła akurat charakteryzatorka - Oda Trump - i rzuciła się jej na szyję.
- Tak się cieszę, moja kochana, tak się cieszę... Zasłużyłaś... - rozkleiła się na dobre.
Oda Trump była chyba jedyną niezakłamaną osobą w całej operze, oprócz mamy, rzecz jasna... Lubiły się z Violą Lockhart, odkąd ta tylko pojawiła się tutaj jako śpiewaczka i "ciocia Oda", jak nazywał ją Gilderoy, często u nich gościła, pomagając przygotować się Violi na różne wyjścia. Dlatego też wdzięczny za troskę o mamę chłopiec przymykał oko na to, że jest stara, siwa i pomarszczona i prawił jej komplementy. W końcu w takim środowisku dobrze opanował sztukę nie mówienia tego, co myśli na prawdę.
- A Xena? - zapytała mama, gdy w końcu wyrwała się z jej uścisku.
- Cioci Xeny tutaj nie ma - oświadczył Gilderoy, uważnie przyglądając się obsadzie koncertu.
- No wiesz - zachichotała Emily Sparrow. - Nowy dyrektor, nowe czasy... Nareszcie! Chodź szybko na scenę, Warrington już jest.
- Mam nadzieję, że nic dzisiaj nie piłaś...
Viola Lockhart zostawiła swój płaszcz i kurtkę syna pod opieką Ody Trump, prosząc ją, aby zaniosła je do jej garderoby, i zeszła niskimi schodkami prowadzącymi na scenę. Otworzyła drzwi i zatrzymała się w kulisach.
- Zostań tutaj, synku - powiedziała, kucając przed Gilderoyem i poprawiając mu koszulę. - I błagam cię, nie ruszaj się stąd na krok i niczego nie dotykaj.
- Ekhm... - rozległo się chrząknięcie.
Tuż za mamą stał wysoki, nieźle zbudowany, czarnowłosy mężczyzna. O ile Gilderoy dobrze widział w półmroku, szatę miał w kolorze błękitu paryskiego.
- Ivan! - ucieszyła się mama. - Strasznie ci dziękuję - rzuciła mu się na szyję i pocałowała w policzek.
Po chwili się zmieszała i od niego odsunęła.
- A to jest... To znaczy, Gilderoy, to jest nasz dyrektor, Ivan Warrington...
- Który po blisko czterech latach pracy na tym stanowisku w końcu zaczyna sprawować samodzielne rządy - rzuciła mijająca ich Emily Sparrow.
Ivan Warrington odczekał, aż kobieta odejdzie trochę dalej.
- Nie masz za co dziękować - powiedział. - Już dawno powinienem był to zrobić. A ten młody dżentelmen to na pewno twój syn.
- Tak, eee...
- Gilderoy Lockhart - przedstawił się szybko chłopiec, wyciągając rękę.
Mama się zaczerwieniła. Aha, pomyślał chłopiec, już tyle razy powtarzano mu, że dziecko nie powinno wyciągać ręki jako pierwsze.
- Miło mi - uśmiechnął się dyrektor i uścisnął dłoń Gilderoya. - Dużo o tobie słyszałem...
- Ivan! Długo mamy czekać?! - Dobiegł ich ze sceny rozeźlony głos którejś z artystek.
- Proszę o wybaczenie - zaśmiał się pan Warrington i odszedł.
- Synku, błagam cię, niczego nie ruszaj. - Mama także się oddaliła.
Gilderoy rozejrzał się dokoła. Właściwie nie było tutaj niczego do dotykania... Jakieś grube zasłony, tak, kulisy. Już wiedział, że nie należy się na nich wieszać, bo mogą spaść... Jakieś długie liny... Ciekawe po co... Można by się było na nich pobawić w Tarzana, ale mamie by się to chyba nie podobało. Usadowił się na stoliku pod ścianą i postanowił spokojnie posłuchać, co dzieje się na scenie.
Czasami widział cienie poruszających się postaci.
- Nie wiem, dlaczego kazałem wam tutaj wszystkim dzisiaj przyjść. Zapewne przed premierą wypiłem za dużo wina - zażartował dyrektor. - Ale skoro już tutaj jesteśmy, chciałem wam serdecznie podziękować za trzy wspaniałe premiery, które miały miejsce w tym sezonie. Zwłaszcza za tę piątkową. Dziękuję wszystkim artystom, którzy zgodzili się wziąć w niej udział pomimo głosów, że będzie to kiczowate i bez sensu. Chciałem powiedzieć, że od soboty zbieramy ochy i achy, a bilety wykupione są już na wszystkie spektakle. A to oznacza, że do kieszeni wykonawców wpadną jakieś bonusowe galeony.
Tutaj rozległy się brawa.
- Szczególnie chcę też podziękować - ciągnął pan Warrington - Violi Lockhart, która w ostatniej chwili zastąpiła naszą kochaną Xenę Lovegood, która to po awanturze z reżyserem i dyrygentem na próbie generalnej zaczęła odczuwać dziwne dolegliwości i nie mogła wziąć udziału w premierze.
Rozległy się chichoty i wściekłe prychnięcie pani Lovegood.
- Viola, te kwiaty są dla ciebie... A teraz poproszę o pozostanie tylko tych osób, które wezmą udział w koncercie w Stadlinie Skrzydlatych Koni w Ascot. A więc, oczywiście, Viola, na specjalną prośbę właściciela, pana Oriona Blacka... I wybrani przeze mnie. - Dało się słyszeć rozwijanie pomiętej kartki papieru. - Śpiewak Wilhelm Wagtail, skrzypek Michael Fiddle oraz pianista Demetriusz Screw. Pozostali państwo, aha...
Gilderoy zahaczył o jedną z lin zwieszających się z sufitu. Na scenie rozległy się okrzyki przerażenia. Coś przeleciało z jednej strony sceny na drugą i z powrotem. Na domiar złego zahaczyło o inne sznury i kurtyna z impetem spadła na stół, przy którym jeszcze przed chwilą siedziała większość artystów, miażdżąc go doszczętnie.
- Gilderoy! - Viola Lockhart szybko podbiegła do syna.
Trudno było ustalić czy jest zła czy zaniepokojona. W obu tych sytuacjach zachowywała się tak samo.
Zza drzwi w kulisy wpadła mocno zaniepokojona Oda Trump z portierem i brygadą czarodziejów z ekipy technicznej.
- Co się stało?!
- Drodzy państwo, proszę o zachowanie spokoju. - Ivan Warrington wychylił czubek głowy z butki inspicjenta. - Ci, którzy nie są mi już dzisiaj potrzebni, mogą iść do domu. Pozostała czwórka niech chwilę zaczeka. Czy mogę prosić o pomoc ekipę techniczną?
Zaczął się śmiać. Artyści pomału wychodzili.
- Lepiej sobie zapal. - Ciocia Oda podała mamie paczkę papierosów.
Ze sceny już dobiegały formuły kolejnych zaklęć: Reparo!, Vingardium leviosa!.
Viola Lockhart wyprowadziła syna na zewnątrz i przy pomocy różdżki zapaliła papierosa. Chwilę paliła w milczeniu.
- To było najkrótsze spotkanie zespołu artystycznego na jakim byłam - powiedziała w końcu. - Możesz mi wyjaśnić, jak to się stało?
- Nie bardzo - odparł Gilderoy.
Mama się uśmiechnęła:
- A tak mniej więcej? Przecież prosiłam...
- Gilderoy! - Z opery wyszedł starszy mężczyzna. - Zdecydowanie częściej powinieneś do nas przychodzić. Viola, myślałaś czasami o tym, żeby zabierać syna na próby generalne? Może choć raz wyspałbym się przed premierą.
- Dziękuję ci za takie rady, Felixie - odparła mama.
Śpiewak pomachał im na pożegnanie. Gilderoy rzucił mamie pytające spojrzenie.
- To Felix Summerbee - wyjaśniła. - Potomek wynalazcy zaklęcia rozweselającego. Wiecznie ma dobry humor.
"Ciekawe dlaczego"
, pomyślał Gilderoy, a zza drzwi wytoczyła się o wiele mniej pożądana osoba.
- Widzę, że w końcu porządnie wzięłaś się do rzeczy - powiedziała Xena-Kirke Lovegood.
- Nie rozumiem co masz na myśli - odpowiedziała Viola Lockhart, wypuszczając dym z papierosa.
- Niby taka z ciebie szara myszka, a tutaj proszę, Warrington... Black...
Po dłuższym namyśle Gilderoy stwierdził, że przyjaciółce matki znów przybyło parę kilo.
- Xena, dałabyś spokój... - Mama się uśmiechnęła. - Mam poważniejsze sprawy na głowie.
Z opery wyszedł Ivan Warrington. W świetle dziennym wydał się Gilderoyowi jeszcze większy i... bardzo przystojny, co wcale nie działało na jego korzyść. Był też nienagannie ubrany i miał olśniewająco białe zęby, które zaprezentował od razu na widok Violi Lockhart. Nie uszło to oczywiście uwadze cioci Xeny:
- Ivan, czego ty używasz do... pielęgnacji jamy ustnej? Słyszałam, że dostałeś nagrodę tygodnia "Czarownica" za Najbardziej Czarujący Uśmiech Świata.
- Eee... Ja tylko... Szczoteczki i pasty do zębów...
- Naprawdę? Jakiej?
Gilderoy prychnął ze śmiechu.
- Viola, pójdziemy omówić program koncertu do kawiarni. Na scenie mają jeszcze trochę sprzątania...
- I ubiera się u Gladraga - podsumowała Xena Lovegood, gdy dyrektor zniknął w kawiarence.
- Dałabyś mu spokój - powiedziała mama, dogaszając papierosa. - Lepiej wpadnij do mnie na kawę w sobotę.
Operowa kawiarenka była całkiem przyjemna. Sosnowe krzesła i stoliczki, na każdym żonkile w przeźroczystych wazonikach. Po środku bufet. I fantastyczne, polatujące pod sufitem sznury z płonącymi, małymi świeczkami. Ściany obwieszone ruszającymi się, sepiowymi zdjęciami artystów Czarodziejskiej Opery - chłopiec wypatrzył nawet zdjęcie swojej mamy. I w końcu - najlepszy gorący napój śmietankowo-waniliowy. Gilderoy wypił już trzy i zabierał się za czwarty. Miło było siedzieć obok mamy w tak kameralnym gronie.
- Tak, czardasza Viola musi na pewno zaśpiewać - mówił Ivan Warrington. - Wilhelm, dla ciebie obowiązkowa pozycja to "Marsz torreadora". Może dołożymy coś jeszcze z "Carmen". Na koniec wieczoru duet "Żegnajcie przyjaciele...", ma być wzruszająco...
- A w połowie wieczoru "Aria pijanej kobiety" z dedykacją dla pani Black - odezwał się Wilhelm Wagtail, waląc ręką w stół.
Tak więc przedpołudnie upłynęło wszystkim na śmiechu i żartach. Nikt też nie wracał do zamieszania, jakie niedawno wywołał Gilderoy, a tego chłopiec obawiał się najbardziej. Ale czy to jego wina, że ciągle przytrafiają mu się jakieś dziwne wypadki?
Zgodnie z obietnicą, po omówieniu szczegółów koncertu i umówieniu się na dodatkową wieczorną próbę, mama pożegnała się z kolegami i dyrektorem i zabrała Gilderoya na obfity obiad. Po drodze kupiła nawet synowi hamburgera w mugolskiej knajpce. I znów śmiejąc się i żartując, wrócili do domu, gdzie czekała już na nich pomstująca na dziadka babcia.
W każdym razie, Viola Lockhart osiągnęła swój cel. Gilderoy zupełnie zapomniał o porannej wizycie ojca i jego kłótni z byłą żoną.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


3 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Muszkieterka Muszkieterka.wtorek, 29.marca.2011, 23:36
95.49.15.170

Nawet nie wiesz, jak mnie ucieszyła ta dedykacja. Bardzo mi miło, dziękuję :) To dobrze, że spowodowałam powrót Twojej weny :) Świetny rozdział, znakomicie pokazałaś środowisko, w którym dorastał Gilderoy. Opera-miejsce, gdzie wszyscy noszą maski, przesycone grą i udawaniem-dobrze do niego pasuje. Rzeczywiście mogło mieć na niego spory wpływ, niekoniecznie pozytywny. Podoba mi się, że wnikasz w jego psychikę, pokazujesz jego uczucia, motywy działania itd, a jednocześnie zachowujesz kanon-Gildy pozostaje cały czas uroczą ofermą ;) Lubię też Twoje opisy miejsc. Stwarzają prawdziwie magiczną atmosferę :)
Ale mam jedno 'ale': czuję trochę taki niedosyt po tym rozdziale. Jak dla mnie to jeszcze za mało tu Lockharta, za mało jego przemyśleń, a to mnie ciekawi najbardziej. No ale z drugiej strony to Twoja koncepcja, więc nie powinnam się chyba bardzo czepiać, bo przecież możesz woleć skupić się na czymś innym. :)
Na Twoim blogu o Aurorze już kiedyś byłam, ale zabrakło mi niestety czasu, żeby go całego przeczytać. Postaram się to nadrobić. :) Ale Gilderoy jest tam chyba bohaterem drugoplanowym? To już nie to samo, ten blog jest mu poświęcony w całości, a to mi dużo bardziej odpowiada :) Pozdrawiam i czekam na kolejne rozdziały! :)

PaniBrenda PaniBrenda.sobota, 2.kwietnia.2011, 12:35
195.117.121.186

świetne . na początku wydawało się długie . szczerość . Ale mnie wciągnęło .

eibhlin eibhlin.sobota, 20.sierpnia.2011, 15:19
217.50.56.147

jestem zaskoczona, przeczytalam 2 rozdzialy mnie nie znudzily i przyjemnoscia stwierdzam ze wciaga mnie ta opowiesc. Sara masz dar :) Biore sie do czytania 3 rozdzialu ;)

Szablon

Ladybug z Lucky Star
Jeśli chcesz więcej szablonów zapraszam Lucky Star