Maj minął Gilderoyowi nader szybko. Chłopiec trochę żałował, że cały Dzień Matki jego mama spędziła na próbach w operze. Nawet zwyczajową, czterogodzinną przerwę pomiędzy próbą poranną a wieczorną Viola Lockhart przesiedziała w pracy, bo wypełniona była ona jakimś bzdurnym dobieraniem kostiumów do najbliższego spektaklu, w którym miała zastąpić koleżankę, bo ta akurat zaszła w ciążę. W tym wypadku Gilderoy zdążył jej tylko wręczyć bukiet bzów, narwanych przed domem razem z dziadkiem i zjeść przygotowane przez siebie i babcię śniadanie. Babcia nie miała większej ochoty brać udziału w całej sprawie, ostatecznie Dzień Matki był też jej świętem, ale w końcu uległa prośbom swojego jedynego wnuka. Wszystko poszło szybko i sprawnie, a mama była zaskoczona i wzruszona.
Brak czasu dla Gilderoy’a przez cały miesiąc intensywnych prób Viola Lockhart postanowiła wynagrodzić synowi w Dzień Dziecka. Doszło nawet do tego, że ostro podpadła wszystkim artystom, oświadczając, że pierwszego czerwca jej w operze nie zobaczą. Bliższe szczegóły całej sprawy Gilderoy znał tylko z podsłuchanej na korytarzu rozmowy pani Lovegood z Odą Trump, bo mama rzadko mówiła w domu o tym, co się wydarzyło w pracy.
- W głowie jej się poprzewracało - oświadczyła śpiewaczka. - Myśli, że skoro... zawróciła w głowie dyrektorowi, to już wszystko jej wolno.
- Jesteś zazdrosna - odparła pani Trump. - Mogę cię zapewnić, że Violi nic, poza przyjaźnią, nie łączy z panem Warringtonem... A szkoda... Nie wszyscy swoją pozycję muszą zdobywać tak jak ty.
Gilderoy był wdzięczny cioci, że tak uparcie broni jego mamy, ale słowa Xeny-Kirke Lovegood wzbudziły w nim pewien rodzaj niepokoju. Ostatecznie do tego dnia trwał w przekonaniu, że od odejścia ojca, był jedynym "mężczyzną" w życiu pani Lockhart. Zaczął ją więc uważnie obserwować. Ku swojej ogromnej uldze stwierdził, że nic w jej zachowaniu się nie zmieniło i nadal nie ma przed synem żadnych tajemnic. Czasami tylko przychodziła do domu wściekła, bo próba się przedłużyła albo dołożono jej próbę, której tego dnia miało nie być. W kontaktach z synem jednak dzielnie panowała nad emocjami, a cała jej ewentualna złość skupiała się na babci, która wiecznie uważała, że ma za dużo na głowie i jest bardzo zmęczona.
Pod koniec maja wywołało to nawet kilka cichych dni pomiędzy Violą Lockhart a Elizabeth Rookwood, bo mama w końcu postanowiła powiedzieć, co o tym wszystkim myśli i na pozór zwykła rozmowa przy kolacji przerodziła się w prawdziwą awanturę.
- Co ty mi się ostatnio tak przyglądasz? - zapytała mama Gilderoy’a pół żartem, pół serio, dostrzegając, że syn od pewnego czasu nie odrywa od niej wzroku.
- Tak sobie - odparł nieco zmieszany chłopiec.
- Zaniedbujesz go, więc czego innego się spodziewasz? Twój syn jest w szoku, że masz czas zjeść z nim kolację - wtrąciła babcia wyzywającym tonem.
Warto wspomnieć, że była w wyjątkowo bojowym nastroju, bo chwilę przed powrotem mamy z pracy ścięła się z dziadkiem. Dziadek miał właśnie "pójść w cholerę", jak przykazała mu żona, gdy ich córka, godzinę wcześniej, wróciła z próby i go powstrzymała, czym bardzo się jej naraziła.
- Nie waż mi się wmawiać, że jestem złą matką - syknęła mama, a jej wzrok ciskał w babcię piorunami.
- Nic lepszego powiedzieć o tobie nie mogę. - Pani Rookwood, zdaje się celowo, dobierała słowa, które najbardziej zranią jej córkę.
Zanim dziadek zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, mama ze łzami w oczach mruknęła tylko:
- I kto to mówi?! - po czym zajęła się grzebaniem widelcem w sałatce.
Tym razem to babcia poczuła się dotknięta do żywego:
- Co mam przez to rozumieć?
- Nic takiego, mamusiu - powiedziała najspokojniej w świecie pani Lockhart. - Tylko tyle, że sama mi innego przykładu nie dałaś. Tato, czy mógłbyś mi podać herbatę?
- Mogłabyś wyrażać się jaśniej? - Babcia niebezpiecznie zmrużyła oczy.
- Nie. Wydaje mi się, że nie jest to ani miejsce, ani czas na takie rozmowy - powiedziała mama, odbierając od dziadka dzbanek i nalewając sobie herbaty.
- Mieszkam tutaj, poświęcam się dla ciebie, wychowuję ci dziecko, jestem zmęczona... I kto niby był z tobą w Londynie, gdy się rozwodziłaś? - dorzuciła babcia, gdy mama szybko zabrała filiżankę i ruszyła w stronę swojej sypialni.
Pani Lockhart zatrzymała się jakby ją spetryfikowało i bardzo powoli odwróciła się w kierunku swojej matki:
- Do mieszkania tutaj nikt cię nie zmusza, ale z tego, co wiem, jest ci to bardzo na rękę. - Mama mówiła spokojnie, ale bardzo dobitnie. - Nie wmawiaj mi też, że wyjazd ze mną do Londynu był dla ciebie takim wielkim poświęceniem, bo dobrze wiem, że pojechałaś tam tylko po to, aby się przekonać, jakiego żałosnego końca doczekało się moje małżeństwo. I nie mów mi, że jesteś zmęczona, skoro absolutnie nic nie robisz, podczas gdy ja ciężko pracuję, żeby utrzymać siebie i dziecko, którym, jak twierdzisz, zupełnie się nie interesuję, a potem wracam do domu, sprzątam, piorę, gotuję i robię tysiące rzeczy, w których spokojnie mogłabyś mnie wyręczyć, zamiast leżeć na kanapie i rozpamiętywać, jak ciężkie było twoje życie.
Babcię zupełnie zamurowało po tym, jak mama postanowiła w końcu powiedzieć, co o tym wszystkim myśli. Pani Lockhart już bez słowa wyszła do sypialni, żeby trochę ochłonąć. Babcia uznała, że najlepszym sposobem, aby wzbudzić w córce poczucie winy, będzie nie odzywać się do niej. "Strajk" objął też jej męża. Mama i dziadek uznali natomiast, że w ten sposób ich sytuacja pod wieloma względami się poprawiła i nie robili nic, aby ten stan rzeczy zmienić.
Tak oto, do pierwszego czerwca, dotrwali w zupełnej ciszy. Tylko od czasu do czasu milczenie przerywane było okrzykami Gilderoy’a i delikatnymi wybuchami, dochodzącymi z jego pokoju, gdy bawił się Podstawowym Zestawem Młodego Twórcy Eliksirów przysłanym mu przez ojca. Mamie ten pomysł niespecjalnie się podobał - bała się o bezpieczeństwo syna - ale przecież nie mogła odebrać mu jego ukochanej zabawki.
W Dzień Dziecka, Viola Lockhart i jej syn przebrali się w całkiem mugolskie stroje i wyszli na zalaną słońcem Royal Mile. Mama nie należała do osób, które unikały niemagicznych miejsc, a o samych mugolach wyrażała się z wielkim szacunkiem. Wpływ na to z całą pewnością miał fakt, że jej dziadkowie ze strony matki byli ludźmi całkowicie pozbawionymi magicznych mocy - ale już nie żyli.
Royal Mile było zapełnione sklepami producentów dudów (taki instrument, który Gilderoy od zawsze chciał mieć, ale jakoś nikt nie wpadł na to, żeby mu je kupić), sprzedawców whisky - te z lubością odwiedzał ojciec chłopca, gdy jeszcze z nimi mieszkał - sklepami z kitlami i wyrobami górskich rzemieślników, a także z tkaninami, przed zakupem których nie wzbraniały się nawet krawcowe z Czarodziejskiej Opery.
Gilderoy szedł z matką za rękę, mijając kolejne wąskie uliczki i zamknięte podwórza, otoczone wysokimi domami podobnymi do tego, w którym sam mieszkał, a równocześnie bardzo się od niego różniącymi - zwłaszcza fasadą - i nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Mama w końcu miała czas tylko dla niego.
W końcu weszli do jednej z małych szkockich restauracyjek, aby zjeść jakiś obiad. Gilderoy zażyczył sobie haggisa i bardzo mu smakowało, dopóki nie dowiedział się, co właściwie zjadł. Za to pewna doza niepokoju pojawiła się u niego, kiedy mama wyciągnęła mugolskie pieniądze, żeby zapłacić za obiad.
- Kiedy ty wymieniłaś galeony? - zapytał podejrzliwie. - Chyba nie byłaś w Londynie.
W świecie czarodziejów płaciło się galeonami, syklami i knutami, a na funty można je było zamienić jedynie w stolicy, na ulicy Pokątnej.
- Oczywiście, że nie, przecież bym ci powiedziała - uspokoiła go matka. - Pożyczyłam od Ivana. Musiał ostatnio pojechać do Londynu i wstąpił do Banku Gringotta...
- Od Ivana Warringtona?! - zapytał chłopiec nieco zbyt gwałtownie.
- Taak... - Pani Lockhart spojrzała podejrzliwie na Gilderoy’a. - Coś się stało? Synku?
- Nie, nic - odpowiedział, ale nie było to do końca zgodne z prawdą.
Nagle przypomniała mu się rozmowa Ody Trump i Xeny-Kirke Lovegood. Potem stanęła mu przed oczami twarz pana Warringtona z niezwykłą elegancją i pewną pobłażliwością odnoszącego się do jego matki.
Viola Lockhart nie pozwoliła mu jednak długo tego rozpamiętywać. Po uregulowaniu należności wyszła z synem z restauracji i zabrała go na bardzo długi spacer po Princess Street Gardens, jednym z Edynburskich parków. Tutaj, patrząc na bawiące się wesoło mugolskie dzieci, Gilderoy próbował namówić mamę do zakupienia mu własnej miotły, ale mama, jak zawsze ze znanych tylko sobie powodów, odmówiła. Aby choć trochę poprawić humor naburmuszonemu synowi, nabyła u ulicznego sprzedawcy watę cukrową i nawet zgodziła się na hot-doga, choć zawsze twierdziła, że to wyjątkowo niezdrowe.
Potem, gdy Gilderoy zobaczył jakąś nastolatkę wyprowadzającą na spacer psa, zaczął namawiać mamę na psidwaka.
Psidwaki były zwierzętami bardzo podobnymi do mugolskich psów, tyle że wyhodowanymi przez czarodziejów. Chłopiec wiedział, że są niezwykle lojalne wobec swoich właścicieli, a także bardzo pożyteczne, bo pochłaniały wszystkie odpadki i szkodniki. Nie musiałby się więc martwić, że zwierzak zdechnie z głodu, a przynajmniej miałby się z kim bawić.
- Gilderoy... - westchnęła mama. - Już tyle razy ci mówiłam, że mieszkamy zbyt blisko mugoli, żeby mieć psidwaka... A nawet jeśli... To naprawdę nie mam czasu na załatwianie odpowiedniej licencji w Urzędzie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, wolę go poświęcić tobie.
- Widziałem w "Proroku Codziennym" reklamę hodowli państwa Malfoyów - wtrącił szybko chłopiec, dostrzegając w tym promyk nadziei. - Podobno sami załatwiają wszystkie formalności.
- Synku... Błagam cię... Ewentualnie mogłabym się zastanowić nad kupieniem ci zwykłego teriera, ale skoro we wrześniu wybierasz się do Hogwartu, to chyba nie ma to większego sensu. Kto się nim zajmie, jak wyjedziesz? Babcia?
Gilderoy zmarszczył czoło. Mało prawdopodobne było, aby babcia chciała zająć się psem podczas jego nieobecności.
- Ale sowę mi kupisz, tak? - zapytał w końcu.
Mama wybuchła śmiechem.
- Tak, sowę ci kupię...
Kolejne godziny spędzili na spacerowaniu ukwieconymi alejkami parku i po raz pierwszy rozmawiając o Hogwarcie. Gilderoy dowiedział się o czterech domach, do których przydzielani są uczniowie w pierwszym dniu nauki, a które swoje nazwy wzięły od nazwisk założycieli szkoły. Dowiedział się też o międzydomowych rozgrywkach quidditcha i o rywalizacji o Puchar Domów. Mama chyba tylko dla zasady nie chciała mu powiedzieć, w jaki sposób uczniowie są do tych domów przydzielani.
- Czym byłoby życie bez tajemnic? - zaśmiała się, gdy syn nie dawał jej spokoju.
- A ty w jakim domu byłaś?
- W Ravenclawie.
- A tata? - zapytał Gilderoy, bo bardzo go to interesowało.
Natychmiast jednak wyczuł, że był to jednak błąd.
- W Hufflepuffie - odpowiedziała szorstko pani Lockhart.
W tym samym momencie Gilderoy niespodziewanie wywinął fikołka i
wylądował w samym środku fontanny, na brzegu której siedział z mamą. Viola Lockhart znów wybuchła śmiechem, ale tym razem był to śmiech tragiczny.
- No to wracamy do domu - powiedziała, pomagając przemoczonemu synowi wygramolić się na "suchy ląd".
- A dlaczego nie możesz osuszyć mi szaty i jeszcze trochę ze mną pospacerować? - zapytał chłopiec, szczękając zębami. - Nie jest jeszcze tak późno...
- Nie mogę wyjąć tutaj różdżki - szepnęła Viola Lockhart, otulając syna swoim płaszczem. - Czarowanie w pobliżu mugoli jest zabronione.
- Nie rozumiem dlaczego - mruknął Gilderoy buntowniczym tonem.
- Kiedyś ci wytłumaczę - odparła pani Lockhart, teraz sama drżąc z zimna w cienkiej sukience i szybko poprowadziła syna do domu.
W domu Gilderoy od razu został odesłany do gorącej kąpieli, a potem wpakowany do łóżka. Długo jednak nie mógł zasnąć. Głównym powodem było dokonane dzisiaj odkrycie dziwnej zażyłości jego mamy i Ivana Warringtona. Gdyby tak mama w przyszłości miała mieć jeszcze jakieś dziecko... Nie, tego by chyba nie zniósł.
Nie chciał o tym nawet myśleć, postanowił więc wypić jeszcze kubek kakao i spróbować zasnąć. Przy wejściu do salonu jednak zmienił zdanie.
Stary zegar w salonie wskazywał już piętnaście minut po północy, a w przytłumionym świetle na kanapie siedziała Viola Lockhart z Odą Trump.
- Musisz ją zrozumieć - tłumaczyła cierpliwie ciocia. - Twoja matka naprawdę dużo przeżyła, życie jej nie rozpieszczało...
- Ale dlaczego to musi skupiać się na mnie? - Mama płakała. - To moja wina, że moja siostra zginęła? Moja wina, że od tamtego dnia mama nie potrafi porozumieć się z ojcem? Mnie też od tamtej pory odpycha...
Gilderoy’a zamurowało. Do tej pory nie wiedział nawet, że jego mama miała siostrę.
- Viola, nie wątpię, że to boli, ale... Ale skoro nic nie możesz na to poradzić, to musisz z tym żyć - powiedziała łagodnie Oda Trump. - Wiem, że nie jest ci łatwo, ale... Ale po co ci dodatkowe problemy? Porozmawiaj w końcu z Elizabeth szczerze... Tak jak ze mną. Ona w twoim zachowaniu na siłę doszukuje się błędów, które sama popełniła. Obwiniając ciebie, równocześnie obwinia siebie...
- Dobrze wiesz, że z moją matką nie da się normalnie rozmawiać...
- Bo jest w niej za dużo żalu i bólu - przerwała mamie ciocia. - Wiem jednak na pewno, że w głębi serca bardzo cię kocha i boi się o ciebie. Straciła twoją siostrę, ale ty nadal żyjesz. I nawet jeśli cieszyła się z twojego rozwodu, to tylko dlatego, że uważała, że Gilderoy nie jest mężem dla ciebie, że zasługujesz na kogoś lepszego i... Prawdę mówiąc, ja też tak myślę...
Pani Trump pogładziła mamę po policzku, a mama wykonała coś, co mogło być tylko smutnym uśmiechem.
Gilderoy za to stwierdził, że skoro mama jest w dobrych rękach, to lepiej będzie, jeśli on natychmiast wróci do łóżka. Pomimo swojej dość ciekawskiej natury tym razem uznał, że nie jest to rozmowa, której chciałby się przysłuchiwać.
Nastrój:
tagi: