Zmiana
środa, 6.lipca.2011, 20:49
Dzisiejszy rozdział nie mógłby się obejść bez dwóch bardzo ważnych dedykacji i podziękowań. Kieruję je przede wszystkim do Ladybug, która wyczarowała dla nas ten cudowny szablon (szczególne dzięki za sowę) oraz dla mojego najmłodszego brata, który dzielnie znosił moje jęki i udostępnił mi swój komputer, żebym mogła ten rozdział przepisać i dodać.
W domu Rookwoodów temat zmarłej córki rzeczywiście traktowano jako tabu. Gilderoy dobrze zrobił, że następnego dnia nie zapytał o to matki - bo niby jak miał to zrobić? Ponieważ jednak sprawa nie dawała mu spokoju, postanowił napisać list do ojca. Jedynej osoby, która przychodziła mu do głowy i mogła być wtajemniczona w całą sprawę. Kilka dni później przyszła krótka, pisana naprędce odpowiedź: Tak, mama miała starszą siostrę, ale lepiej jej o to nie pytaj. Nawet ja dowiedziałem się o tym w dniu ślubu i to przez zupełny przypadek. Zdaje się, że dziewczyna zmarła w wieku trzynastu lat. Całuję, Tata. Gilderoy postanowił więc, że bliżej zbada sprawę tajemniczej ciotki. Zanim jednak miał sposobność do przeszukania rzeczy matki w celu znalezienia jakiegoś śladu, musiało upłynąć trochę czasu. Viola Lockhart zakończyła sezon artystyczny wielkimi sukcesami i teraz, jak na ironię, stale była w domu. W innych okolicznościach Gilderoy bardzo by się z tego cieszył, ale teraz... W jaki sposób miał wtargnąć do jej pokoju, skoro w każdej chwili mogła go na tym przyłapać? I co by jej powiedział? Z początkiem lipca wydarzyła się także inna rzecz, która na chwilę odciągnęła jego uwagę od całej sprawy. Przyszedł do niego list - z Hogwartu:
HOGWART
SZKOŁA
MAGII I CZARODZIEJSTWA
DYREKTOR: ALBUS DUMBLEDORE
Szanowny Panie Lockhart,
z przyjemnością zawiadamiamy, że został pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Równocześnie informujemy, że rok szkolny rozpoczyna się 1. września. Oczekujemy sowy potwierdzającej pana przybycie nie później niż 31 lipca.
Dołączamy listę potrzebnego wyposażenia.
Z wyrazami szacunku,
Herbert Beery
zastępca dyrektora.
Do listu rzeczywiście była dołączona dość pokaźna lista rzeczy, które będą mu potrzebne podczas roku szkolnego. Gilderoy przebiegł ją szybko wzrokiem i postanowił przedstawić ją mamie, gdy tylko wróci z zakupów. Viola Lockhart weszła do domu kilka minut później, obładowana torbami wypełnionymi jedzeniem. Na zakupy wyszła dość wcześnie, żeby zdążyć wrócić, zanim jej syn się obudzi. Była więc dość zaskoczona, gdy zobaczyła go zupełnie rozbudzonego, a w dodatku w pełni ubranego, choć nie było jeszcze nawet dziesiątej. Razem z nią zjawiła się Oda Trump.
- Zjadłeś śniadanie, synku? - zapytała mama. - Na wszelki wypadek zostawiłam ci na kuchennym blacie.
- Zjadłem - potwierdził Gilderoy, uśmiechając się tajemniczo i zastanawiając się, jak długo wytrzyma, nie mówiąc mamie nic o liście.
- A dlaczego tak wcześnie wstałeś, kochanie? Myślałam, że zdążę wrócić, zanim się obudzisz.
- Już się wyspałem. I dostałem list! - nie wytrzymał. - A gdzie babcia?
- Pojechała do domu - odpowiedziała szybko mama. - Zaraz... jaki list?
- Z Hogwartu! - zawołał Gilderoy, dając upust swojej radości.
Viola Lockhart lekko drgnęła, jakby nie dowierzała. Potem, nie bez trudności, wyjęła z rąk biegającego po salonie syna kopertę i szybko odczytała list. Następnie wyciągnęła listę szkolnego wyposażenia i tę przejrzała bardzo dokładnie. Usiadła na kanapie i przez chwilę grzebała w torebce.
- I co? - zapytał uradowany Gilderoy. Mama zmusiła się do uśmiechu.
- Cudownie... tylko... nie wiem...
- Czego nie wiesz? - zapytała ciocia Oda, która już dawno zaczęła przygotowywać herbatę. - Widzisz, jak chłopak się cieszy.
- Nie wiem, skąd wezmę na to wszystko pieniądze. Sama zobacz. - Mama podała jej listę wyposażenia. Ciocia przez chwilę wpatrywała się w pergamin zmrużonymi oczami. W ciszy słychać było tylko, jak Viola nerwowo miesza łyżeczką w filiżance.
- Możesz poprosić rodziców, żeby ci pożyczyli - podsunęła w końcu Oda Trump.
- I znów się nasłucham od matki, że jestem nieodpowiedzialna i sama ze sobą nie potrafię sobie poradzić - mruknęła mama.
Ciocia westchnęła ciężko.
- To może porozmawiaj z Lockhartem. W końcu też ma jakieś obowiązki wobec syna...
- Za nic w świecie! To już wolałabym poprosić matkę...
- Moim zdaniem niepotrzebnie przejmujesz się jej uwagą - zauważyła ciocia. - Łatwo jej mówić, że sobie nie radzisz, skoro sama nigdy nie pracowała, bo zarobki twojego ojca wystarczały na utrzymanie rodziny. Ale wiesz... Ewentualnie ja mogę ci pożyczyć. W ostateczności za ten Koncert Noworoczny całkiem dobrze ci zapłacą, więc mam pewność, że oddasz. - Roześmiała się.
Mama uniosła brwi i spojrzała na ciocię, jakby chciała powiedzieć: "daj spokój i przestań żartować".
- Jakoś sobie poradzę - powiedziała zamiast tego. - Przyzwyczaiłam się, że wszystko muszę robić sama.
Później spojrzała na Gilderoy'a.
- Na pewno chciałbyś jak najszybciej iść na te zakupy... - powiedziała niepewnie.
- Tak. - Gilderoy ucieszył się, że mama tak dobrze go rozumie. - Tylko najpierw trzeba odpisać na ten list.
- Sama to zrobię - odpowiedziała szybko Viola Lockhart - Proszę, przebierz się w coś lżejszego, nawet tutaj jest dość ciepło, ale... - Zatrzymała syna w pół kroku. - Zabierz ze sobą sweter. Nie wiem, o której wrócimy.
Podczas, gdy mama zajęła się szukaniem pergaminu, pióra, atramentu, a na samym końcu ich sowy - Nereidy - Gilderoy przebrał się kilkakrotnie, usiłując znaleźć jakieś ubranie, w którym, w swoim mniemaniu, wyglądałby na ucznia właśnie przyjętego do Hogwartu. Jednak nie było im dane tak po prostu wyjść z domu. Zaledwie zbliżyli się do kominka, by siecią Fiuu udać się na ulicę Pokątną, buchnęły w nim zielone płomienie, a sekundę później, pojawiła się tam ostatnia osoba, którą Viola Lockhart chciała zobaczyć - Gilderoy Lockhart Senior. Jak zawsze rozczochrany i zakręcony jak słoiki ogórków na zimę.
- To może ja już pójdę - powiedziała ciocia Oda, trafnie odczytując wyraz twarzy przyjaciółki, i pospiesznie zaczęła zbierać swoje rzeczy z kanapy.
- Zostajesz - ucięła krótko mama, ale wciąż mierzyła byłego męża wzrokiem bazyliszka. - Mógłbyś mnie przynajmniej ostrzec, że zamierzasz się tutaj zjawić - syknęła w końcu w jego stronę.
- Żebyś zdążyła się ewakuować? - zażartował tata, siląc się na uśmiech. - Raczej kiepski pomysł.
- Kiepskim pomysłem jest wyprowadzanie mnie z równowagi z samego rana - odcięła się szybko mama. Gilderoy zdawał sobie sprawę, że wiele ją kosztuje, aby nie rzucić kilku bardziej kąśliwych uwag w jego obecności, a dobrze wiedział, że byłaby do tego zdolna. Nie raz przypadkiem słyszał, jak miotała epitetami pod adresem byłego męża, wściekając się przy cioci albo przy dziadku, gdy po rozwodzie tata na przykład wysyłał jej kwiaty na urodziny (o ile sobie o tym przypomniał) lub w dniu, w którym mieliby rocznicę ślubu - fakt, to akurat była przesada, Viola Lockhart po prostu płakała z wściekłości. Teraz więc zastanawiał się, czy nie powinien udać, że zapomniał czegoś z pokoju, aby mama mogła dać upust swojej złości. Jednak w wizycie taty był coś, co Gilderoy'a niepokoiło. Nie potrafił ruszyć się z miejsca. Nawet się z tatą nie przywitał. Po prostu stał jak słup soli. Rodzice wymienili jeszcze kilka celnie dobranych i mocno ocenzurowanych uwag, po czym mama przełknęła ślinę, usiadła sztywno na fotelu i zapytała bardzo oficjalnie:
- A więc o czym chciałeś ze mną rozmawiać?
Gilderoy'a Lockharta chyba trochę zaskoczyła zmiana stylu rozmowy, rzucił krótkie, niepewne spojrzenie na syna, po czym pomału podszedł do byłej żony. Chciał ją złapać za rękę, ale ona szybko się od niego odsunęła, jakby dotyk ojca parzył. Gilderoy już wiedział, że tata zaraz powie coś, co się ani mamie, ani jemu nie spodoba. Ciocia Oda chyba też to wyczuła, bo bardzo zainteresowało ją coś za oknem.
- Chodzi o to... - zaczął tata, odzyskując wewnętrzną równowagę po geście, jaki wykonała jego była żona.
- Chodzi o to, że... chyba nie będę mógł zabrać w sierpniu do siebie Gilderoy'a.
- Że co?! - Mama zerwała się tak nagle, że tata wpadł na stolik kawowy.
Gilderoy poczuł nagle ukłucie i pustkę w środku. A więc jedyną osobą, która miała dla niego czas, była mama. A kto temu winien? Oczywiście ten przeklęty Dominik! Dzień zapowiadał się tak przyjemnie... Zakupy... Może gorąca czekolada na Pokątnej... Ponieważ nogi z lekka odmówiły mu posłuszeństwa, usiadł po turecku na dywanie i bezmyślnie zaczął przesypywać z ręki do ręki trzymany w dłoni proszek Fiuu. Ładnie się błyszczy... Tymczasem ojciec, nie wiadomo czy przed byłą żoną - której to i tak nie interesowało - czy przed Gilderoy'em - który nie chciał tego słuchać - czy przed samym sobą, starał się wytłumaczyć, dlaczego tak się stało:
- Zrozum... wyreżyserowanie "Hamleta" w Danii... w Helsingorze... w ruinach zamku... premiera pod gołym niebem... mnóstwo zaklęć antymugolskich... w końcu poważna tragedia, a nie komedia... piękne aktorki...
- Zamknij się wreszcie, ty idioto! - nie wytrzymała mama. - I o swoim dziecku już zapomniałeś, tak?! Zapomniałeś, ty skretyniały trollu, że masz synka, którego trzeba wychować?! ZAPOMNIAŁEŚ?! Tylko ci piękne aktorki w głowie! A ja, głupia, przez osiem lat to znosiłam!
Mama zachwiała się na nogach, więc ciocia szybko do niej podbiegła.
- To nic... Tylko mi się w głowie kręci - powiedziała już spokojnie Viola Lockhart, wracając na fotel. Ukryła twarz w dłoniach.
Ojciec stał jak wryty. Zapadła grobowa, pełna napięcia cisza. Zapewne podobna do tej, która zwiastowała nadejście dementora. Gilderoy czytał o tych potworach wysysających szczęście z miejsca, w jakim się znajdują, w jednej z książek dziadka. I był pewny, że w tej chwili mama czuje się tak, jakby jeden z nich stał tuż obok niej. Wyglądało też na to, że wszyscy już dawno zapomnieli o obecności Gilderoy'a. W końcu mama uniosła głowę i wbiła w byłego męża załzawione spojrzenie. Gdy jednak przemówiła, jej głos, choć pełen goryczy, był spokojny:
- Poświęciłam dla ciebie wszystko. Siedziałam w domu i czekałam na ciebie, gdy wyjeżdżałeś, przymykałam oko na twoje romanse, bo wiedziałam, że wrócisz. Sama nie robiłam kariery, bo chciałam stworzyć prawdziwą rodzinę. Może to było głupie, ale cię kochałam... W końcu udało ci się zniszczyć to, co miało dla mnie największą wartość. Pozwalałam ci się ranić przez te wszystkie lata, ale nie pozwolę, żebyś dla kilku przelotnych miłostek ranił najważniejszą osobę w moim życiu...
TRZASK! Zapatrzony w rodziców Gilderoy nie zauważył nawet, kiedy przesypywany przez niego proszek Fiuu cieniutką strugą wysypał się na ziemię. Wystarczyła sekunda, żeby dywan stanął w płomieniach i żeby chłopiec musiał uciekać w najdalszy kąt pokoju. A rodzice i ciocia byli zmuszeni do wyciągnięcia swoich różdżek i gaszenia pożaru.
Wyglądało na to, że tym razem mama zostawiła ojca w dużo gorszym stanie, niż ten to sobie wyobrażał, przybywając do Edynburgu. Po doprowadzeniu salonu do względnego porządku opuszczał ich dom ze spuszczoną głową i miną zbitego psa. Nawet nie miał odwagi spojrzeć na byłą żonę. W obawie przed zalęgnięciem się w domu popiełków Viola Lockhart poważnie zastanawiała się czy nie przełożyć zakupów na następny dzień. Na szczęście wtrąciła się ciocia Oda, stwierdzając, że może u nich zostać i popilnować. Mama miała nietęgą minę, nie chciała nadużywać dobroci cioci, ale w końcu się zgodziła, ponieważ równie mocno nie zamierzała sprawić przykrości Gilderoy'owi. Jako pierwsza zniknęła w kominku, wypowiadając adres: "Dziurawy Kocioł". Za nią ruszył Gilderoy. Zaledwie wrzucił w palenisko proszek Fiuu, wymawiając na głos nazwę miejsca, w którym chciał się znaleźć, pochłonęły go zielone płomienie. Zaczął wirować wokół własnej osi z zawrotną prędkością, a przed oczami, raz po raz, migały mu wnętrza różnych czarodziejskich domów. W końcu obroty zaczęły zwalniać, zatrzymał się i zobaczył swoją matkę czekającą na niego przed kominkiem. Za nią kłębiło się mnóstwo ludzi, a polatujący między nimi czajnik dolewał herbaty do filiżanek kolejnych magów. Mama podała Gilderoy'owi rękę, aby pomóc mu opuścić palenisko.
- Chodź, synku, bo jeszcze ktoś na ciebie wpadnie.
I na tym polegał największy problem z siecią Fiuu. Jeśli odwiedzało się przy jej pomocy jakieś znane czarodziejskie miejsce, nigdy nie było wiadomo, kiedy pojawi się kolejny delikwent.
Gilderoy rozejrzał się wokół i stwierdził, że rzeczywiście są w środku Dziurawego Kotła - pubu będącego przejściem między mugolskim Londynem a magiczną ulicą Pokątną. Czyli wszystko poszło zgodnie z planem. Sądząc zaś po kłębiących się tutaj tłumach, musiała być akurat pora drugiego śniadania. I ciekawe, jak teraz zrobią zakupy... Nie było jednak aż tak źle. Po przejściu przez ukryte na zapleczu wejście na Pokątną, mama zadecydowała, że najpierw pójdą do apteki po potrzebne Gilderoy'owi ingrediencje na zajęcia z eliksirów. Apteka zawsze była otwarta. Było to ciemne, chłodne i śmierdzące miejsce. W tej chwili pełne ludzi. Zanim w końcu dopchali się do lady i dokonali zakupów, zegar na Banku Gringotta wybił południe. Viola Lockhart wraz z synem ruszyła po kolejne elementy wyposażenia, zaczynając, zdaniem tego drugiego, od tych najnudniejszych. Po drodze, na pobliskim straganie, kupiła kociołek - cynowy, rozmiar 2, na szczęście nie dziurawy, a potem wstąpili do sklepu z różnymi magicznymi przedmiotami po teleskop, który będzie potrzebny Gilderoy'owi na lekcjach astronomii.
- A teraz pójdziemy po różdżkę? - dopytywał się chłopiec.
- Jeszcze nie - uspokajała mama. - Najpierw księgarnia...
Księgarnia Esy i Floresy nie była najgorszym miejscem. Jako małe dziecko, Gilderoy chętnie przyprowadzał tutaj dziadka Constantina, aby namówić go na zakup jakichś ciekawych książek - mieniących się, ze zmieniającymi się obrazkami, albo takich, z których postaci wychodziła na stronice i odstawiały sceny z przeczytanej właśnie bajki. W swoje ostatnie urodziny namówił go nawet na "Samoczytający słownik angielsko-niemiecki" wraz z patentowanymi zaklęciami przyspieszającymi zapamiętywanie nawet dziesięciu słówek dziennie, twierdząc, że skoro urodził się w Wiedniu, to powinien znać język, którego się tam używa. Babcia próbowała wybić mu ten "niedorzeczny pomysł" z głowy, uświadamiając go, że w Wiedniu to on urodził się przez czysty przypadek, bo w tym czasie mama uczyła się tam w Magicznym Konserwatorium Muzycznym. W każdym razie babci się to nie udało, bo Gilderoy się uparł. Jak do tej pory słownik stał u niego w pokoju na najwyższej półce, cały zakurzony, a chłopiec czekał, aż dostanie własną różdżkę i będzie mógł zrobić użytek ze wspomnianych zaklęć. Tym razem jednak, Gilderoy przemierzał wąskie przejścia między regałami bez większego zainteresowania, starając się jak najszybciej znaleźć wszystkie potrzebne mu podręczniki.
"Wprowadzenie do transmutacji, jest..., "Tysiąc magicznych ziół i grzybów"... też... Mama przyniosła "Po krańce nieba", potem z najwyższej półki, przy pomocy zaklęcia, ściągnęła "Historię magii". Później chłopiec bez większego zainteresowania przeszedł obok nowo wydanej książki Kenniworthy'ego Whisp'a "Jak pokonać tłuczka - taktyki obronne w quidditchu", co Violę Lockhart bardzo zdziwiło, bo quidditcha Gilderoy uwielbiał i ilekroć ojciec miał dla niego trochę czasu, zabierał go na mecze Chlub z Portree, swojej ulubionej drużyny. I na koniec nieźle naszukali się "Dawnych i w ludzkiej niepamięci pogrążonych zaklęć i uroków", prawdopodobnie podręcznika do obrony przed czarną magią. O kilku książkach Gilderoy rzecz jasna zapomniał, ale czuwająca nad wszystkim mama przyniosła mu je, gdy stał już w kolejce do kasy.
- To możemy już iść po różdżkę? - zapytał, wychodząc z księgarni w gęstniejący tłum. Prawdopodobnie większość czarodziejów skończyła już pracę i postanowiła zabrać na zakupy swoje pociechy, które tak jak on otrzymały dzisiaj listy z Hogwartu.
- Gilderoy, błagam cię... Najpierw pójdziemy po twoje szkolne szaty - jęknęła mama, przeliczając zawartość swojej sakiewki. I całe szczęście, że wybrała taką kolejność. W trakcie niezliczonej ilości przymiarek w sklepie Madame Maklin tylko wizja rychłego zakupienia różdżki, powstrzymywała go od natychmiastowej śmierci z nudów. Potem trzeba było jedynie dokupić tiarę i wybrać odpowiedni rozmiar tych śmiesznych rękawic ze smoczej skóry, o których była mowa w liście, i w końcu stanęli przez sklepem z wielkim szyldem, na którym napis głosił: OLLIVANDEROWIE, WYTWÓRCY NAJLEPSZYCH RÓŻDŻEK OD 382 R. P.N.E.
Mama westchnęła ciężko i pchnęła drzwi do środka.
- No więc chodźmy - powiedziała.
Sklep był ciemny, jedynie przez okno wystawowe wlewał się do wewnątrz snop światła, a nikłe płomienie lamp naftowych umieszczonych na dwóch przeciwległych ścianach sprawiały wrażenie niepewnych, czy lepiej palić się dalej, czy może zgasnąć na zawsze.
Pomieszczenie wypełniała gęsta, ciężka atmosfera, w której wyczuwało się magię. Emanowała i przytłaczała ona z każdego kąta, nie było to jednak nieprzyjemne uczucie. Dawało wiarę, że magia jest potęgą, że dzięki niej można wszystko osiągnąć. Nie wiedzieć dlaczego, uczucie to potęgowało patrzenie na misternie ułożone pod ścianami stosy wąskich pudełeczek.
- W czym mogę pomóc? - nadpłynął cichy, tajemniczy głos zza biurka stojącego w głębi sklepu. Starszy mężczyzna o przeszywających, księżycowych oczach pojawił się tak nagle, jakby wyrósł spod ziemi.
- Potrzebujemy pierwszej różdżki dla tego młodzieńca - powiedziała spokojnie mama.
Pan Ollivander, jak zapewne nazywał się owy jegomość, utkwił spojrzenie w oczach mamy. Przez chwilę się w nie wpatrywał, a potem kąciki jego warg drgnęły i na ustach pojawił się ciepły uśmiech.
- Viola Rookwood - powiedział w końcu. - Moja ulubiona interesantka.
Mama roześmiała się tak, jakby to stwierdzenie budziło jakieś miłe wspomnienia, a potem pokręciła głową.
- Niech pan o tym nie wspomina, panie Ollivander, bo mnie to postarza - powiedziała, wciąż się uśmiechając.
- Dla mnie wygląda pani wciąż tak, jak ta jedenasto- czy dwunastoletnia dziewczynka, która przyszła do mnie po swoją pierwszą różdżkę - odparł pan Ollivander. - Z pani oczu wciąż bije to samo ciepło i radość życia, co wtedy. Ile to było lat temu?
- Dwadzieścia - odpowiedziała Viola Lockhart. - I obawiam się, że od tego czasu jednak bardzo się zmieniłam. Życie weryfikuje pogląd na pewne sprawy.
- Owszem, przyznam, że starałem się śledzić pani poczynania, mam nadzieję, że nie ma mi pani tego za złe, w końcu musiałem wiedzieć, co dzieje się z moją ukochaną różdżką.
- O czym wy cały czas mówicie? - Gilderoy postanowił przerwać tę miłą pogawędkę.
- Ach, mój drogi... - Pan Ollivander zaczął przechadzać się pomiędzy półkami i wyciągać różne pudełeczka. - Pańska matka zakupiła pierwszą różdżkę, jaką samodzielnie wykonałem. Piękny okaz... orzech i pióro feniksa, elegancka jak mało która, giętka, idealnie dopasowująca się do dłoni, dwanaście i pół cala. Do stworzenia żadnej innej różdżki nie przyłożyłem się tak, jak do tej. Pracowałem nad nią przez kilka miesięcy. Mój ojciec zaczął się nawet obawiać, że nigdy nie skończę. Doskonale zapamiętałem jednak dzień, w którym różdżka była gotowa. Słoneczny poranek dziesiątego lipca 1923 roku...
Mama nagle się zakrztusiła i nabrała powietrza, żeby się uspokoić.
- Coś się stało? - zapytał pan Ollivander.
- Nie, nic - odpowiedziała szybko.
Gilderoy jednak dobrze wiedział, o co chodzi. Była to data urodzenia jego taty.
Teraz dopiero zorientował się, że wokół niego polatuje samomierząca taśma krawiecka. Być może nadal by jej nie zauważył, gdyby nie to, że właśnie w wyjątkowo brutalny sposób zmierzyła mu szerokość nosa. Za to pióro na biurku zawzięcie notowało coś na skrawku pergaminu.
Tymczasem pan Ollivander przeszedł do półek po drugiej stronie, wciąż wyciągał kolejne pudełeczka z różdżkami i kontynuował swoją opowieść:
- ... Później przez kilkanaście lat starałem się ją komuś sprzedać. Niemal każdy nowy uczeń Hogwartu miał ją w ręku, ale jakoś żadnego z nich nie chciała wybrać.
- Jak to nie chciała wybrać? To chyba uczeń wybiera sobie różdżkę - zauważył Gilderoy, odganiając się od natrętnej taśmy.
- Stój spokojnie, synku - skarciła go mama.
- Otóż nie - wyjaśnił w tym samym czasie pan Ollivander. - To różdżka wybiera sobie czarodzieja. A różdżka pańskiej matki w końcu wyrobiła sobie u nas opinię wyjątkowo kapryśnej i wylądowała na wystawie. Kiedy straciłem już nadzieję, że znajdzie sobie swojego czarodzieja, zjawiła się tutaj pana mama i udało się jej ją okiełznać i oswoić.
- I nigdy nie sprawiała specjalnych kłopotów - wtrąciła pani Lockhart. - To znaczy... Raz wyrwała mi się z ręki i zaczęła okładać mojego byłego męża, ale sam pan przyzna, że jemu akurat się należało.
- A tata jaką ma różdżkę? - zainteresował się Gilderoy.
Pan Ollivander właśnie dotarł do swojego biurka, przejrzał leżący na nim pergamin i wyjął pierwszą różdżkę:
- Zdaje się, że była mahoniowa z włosem jednorożca - wyjaśnił krótko. - Niezwykle sztywna. Z wyglądu bardzo zachęcająca, ale o niewielkich możliwościach.
W tym momencie Viola Lockhart wybuchnęła takim śmiechem, że musiała się oprzeć o ścianę, żeby nie upaść. Na jej twarzy pojawiły się rumieńce, a ona, choć próbowała, nie potrafiła się uspokoić.
Pan Ollivander chyba stwierdził, że mama ma do tego prawo, bo powiedział tylko.
- Dajmy jej wyśmiać się w spokoju i zabierzmy się w tym czasie do pracy. Proszę, na początek jesion i włos jednorożca, dość giętka.
Gilderoy wziął różdżkę do ręki, ale jakoś nic się nie stało.
- Machnij - polecił pan Ollivander.
Chłopiec machnął, ale dalej nic się nie wydarzyło, wytwórca różdżek wyjął mu więc ją z ręki i podał kolejną.
- Wierzba i smocze serce, giętka, trzynaście cali...
Znów nic nie poczuł. Machnął i TRZASK! Lampa naftowa robiła się w drobny pył. Gilderoy zrobił minę zszokowanej żaby.
- Ta nie pasuje - podsumował pan Ollivander.
Na plus tej sytuacji należało zaliczyć to, że mama w końcu skończyła się śmiać i przestała go rozpraszać. Usiadła na krześle przy biurku i przybrała wyraz twarzy oznaczający najwyższe zainteresowanie.
- Jesion i smocze serce - powiedział wytwórca różdżek.
W ciągu kolejnej godziny Gilderoy wypróbował wszystkie różdżki leżące na biurku, a pan Ollivander wciąż przynosił nowe i nowe. Na szczęście nie wyglądał na rozzłoszczonego, raczej na człowieka, który wpadł w wir pracy. Do "ofiar" Gilderoy'a niebawem można było zaliczyć między innymi wazon z suszonymi kwiatami, trzy regały, pana Ollivandera, którego zaczęło okładać pudełko po różdżce, pięć podpalonych opakowań, wypaloną dziurę w podłodze, sypiący się z sufitu tynk, i jego własne spodnie.
- Jarzębina i pióro feniksa, proszę spróbować. - Niezmordowany pan Ollivander podał mu chyba setną różdżkę. - Pani Lockhart, proszę się tym nie bawić.
Mama, która już od dawna się nudziła, zajęła się przekładaniem i oglądaniem różdżek na biurku. Skarcona przez pana Ollivandera założyła ręce na piersi i zaczęła huśtać się na krześle.
Niebo za oknem wystawowym pomału stawało się pomarańczowe, co mogło zwiastować tylko rychły zachód słońca. Viola Lockhart miała minę znudzonego mopsa, a wytwórca różdżek biegał po swoim sklepie jak nakręcony pingwin. Gilderoy nie wiedział już, ile czasu tutaj spędził i zaczynał się pomału obawiać, że nie znajdzie tu nic dla siebie. Pewne natomiast było to, że w sklepie, w którym jeszcze kilka godzin temu zastali porządek, teraz panował nadzwyczajny rozgardiasz i niemal wszystkie znajdujące się tutaj przedmioty, nosiły ślady wyczynów chłopca.
- Jarzębina, smocze serce, bardzo giętka... trzynaście i jedna trzecia cala...
Po przeanalizowaniu rodzajów wszystkich różdżek, jakie Gilderoy wypróbował, pan Ollivander podał mu następną.
Tym razem stało się jednak coś dziwnego, gdy tylko chłopiec wziął ją do ręki, poczuł pod palcami dziwne ciepło, jakby różdżka sama prosiła go, żeby jej użył. Ze świstem przeciął nią powietrze, a z jej końca wystrzelił snop żółtych i czerwonych iskier, który opadając, zmienił się w konfetti mieniące się wszystkimi kolorami tęczy.
- Nareszcie - ucieszyła się Viola Lockhart, z ulgą wypuszczając powietrze. - To chyba wystarczy, prawda, panie Ollivander?
- O tak - odparł wytwórca różdżek przeciągając samogłoski i kiwając głową z zadowoleniem. - Dawno nikt mi nie dostarczył takiej rozrywki. Myślę, że ta różdżka zapewni panu pociąg do astronomii.
- Ile jestem panu winna? - zapytała mama.
- Dziesięć galeonów.
Po uiszczeniu opłaty różdżka została zapakowana do pudełka i ukryta w torebce mamy. Viola Lockhart opuściła z synem sklep wytwórcy różdżek, sprzątanie pozostawiając właścicielowi.
Ku swojemu ogromnemu zdumieniu, po wyjściu na Pokątną, Gilderoy zorientował się, że jest już zupełnie ciemno. Starszy czarodziej przechadzał się od jednej latarni do drugiej, zapalając je przy pomocy czarów. Wyglądało na to, że ze sklepów wychodzą ostatni klienci, a wystawy i stragany przed nimi dawno zniknęły. Jedynie przy stolikach przed kawiarnią Fortescuesów kręciło się więcej osób. Wieczór był ciepły, a w powietrzu unosiła się woń kwiatów zwieszających się z okien i balkonów na wyższych piętrach kamienic. Trzeba było przyznać, że ulica Pokątna, na której przez cały dzień panował przyjemny rozgardiasz, w nocy też miała swój urok. Zauważył, że w wąskim przejściu między kamienicami znika jakiś mężczyzna w eleganckiej, ciemnej pelerynie.
- Gdzie on idzie, mamo? - zapytał natychmiast chłopiec.
- Na pewno to nie jest miejsce dla ciebie, synku - odparła spokojnie Viola Lockhart.
Na jej szczęście Gilderoy zobaczył już coś, co go o wiele bardziej zainteresowało.
- O! Czarodziejskie Niespodzianki Gambola i Japesa są jeszcze otwarte! Możesz mi kupić dodatkowe wyposażenie do szkoły.
- Kochanie, daj spokój - powiedziała mama, nadal siląc się na spokój. - Dzisiaj i tak wydałam majątek na te zakupy, a na pewno będziesz chciał, żeby dać ci jakieś "drobne" na drogę do Hogwartu.
- A czekoladową żabę mi teraz kupisz?
- Dobrze, chodźmy po tę czekoladową żabę, bo mi spokoju nie dasz - zaśmiała się Viola Lockhart.
Po zakupieniu smakołyku u Fortescuesów udali się z powrotem do Dziurawego Kotła, gdzie akurat odbywała się jakaś zabawa taneczna, a w powietrzu tym razem polatywały kufle piwa. Stamtąd wrócili prosto do domu.
W swoim mieszkaniu znaleźli się kwadrans po jedenastej, toteż Gilderoy został od razu zagoniony do łazienki, a mama w tym czasie przygotowała coś do jedzenia. Później, błagana przez syna, zgodziła się na "wypróbowanie" przez niego różdżki, a sama zajęła się przeglądaniem swoich nut i mruczeniem czegoś pod nosem. Wysłała Gilderoy'a do łóżka dopiero wtedy, gdy niewprawnie rzucone przez niego zaklęcie lewitujące spowodowało, że stary kryształowy wazon spadł na ziemię i roztrzaskał się w proch, robiąc niemiłosiernie dużo hałasu. Jak Viola Lockart tłumaczyła, prowadząc go do jego sypialni, nie robiła tego w obawie przed stratami, ale ze strachu przed obudzeniem połowy kamienicy kolejnym rumorem.
Nastrój:
tagi: